Opinie

RELACJE UCZNIÓW TECHNIKI ALEXANDRA

Ciało upomniało się o siebie

Na Technikę Alexandra trafiłam pod koniec studiów, kiedy nagromadzenie problemów i fizycznych spięć w moim życiu stało się trudne do zniesienia. Studiowałam wówczas równolegle dwa kierunki i coraz trudniej było mi podołać wymaganiom, jakie sobie postawiłam. Ciało upomniało się o siebie – spięcia i usztywnienia urosły na tyle, że granie na instrumencie stało się dla mnie olbrzymim wysiłkiem. Próbowałam trochę na własną rękę różnych ćwiczeń i wizualizacji, które przynosiły tymczasową ulgę. Jednak dopiero dzięki corocznym wyjazdom na wakacyjne kursy TA rozpoczęłam regularną pracę nad sobą. Może to dziwnie zabrzmi, ale wtedy zaczęłam bardziej zwracać uwagę na SIEBIE, bo wcześniej siebie postrzegałam wyłącznie przez pryzmat moich osiągnięć.

Korzyści, jakie odniosłam są różnej natury i trudne do opisania w skrócie; zresztą wiele z nich dotyczy głęboko osobistych spraw. Ale są też bardzo wymierne i namacalne efekty: udało mi się zahamować, a nawet cofnąć rozwój wady kręgosłupa; bez nadmiernego wysiłku, za to z bardzo dobrymi wynikami skończyłam studia i odkryłam jeszcze jedną pasję życiową – śpiew. Trudności nie znikają wprawdzie, a nawet przychodzą nowe, ale mimo wszystko żyje mi się dużo „lżej”… W czasie kursów spotkałam wspaniałych, wrażliwych ludzi, z którymi utrzymuję kontakt, pomimo dzielącej nas odległości. Mailujemy, odwiedzamy się, wspieramy w rozwoju. Ale, co najważniejsze, na kursach TA „spotkałam” także siebie – i to jest bardzo, bardzo fascynująca znajomość…

więcej / mniej

Największym wyzwaniem w pracy z TA okazała się dla mnie zasada „NIE” – czyli powstrzymanie odruchowej reakcji i chęci natychmiastowego działania, korygowania swojej postawy, czy to fizycznej czy bardziej ogólnie – życiowej. Byłam na tyle niezadowolona ze stanu, w jakim się znalazłam, że chciałam go zmienić za wszelką cenę, mieć efekt od zaraz… To zaczęło rodzić dodatkowe problemy. Z czasem jednak bardzo doceniłam to, że TA jest metodą prawie bezinwazyjną i opiera się raczej na „oduczaniu” się tego, co niepotrzebne i nadmierne, niż „uczeniu się” na siłę, tego, na co w naszym aktualnym stanie być może jeszcze nie jesteśmy gotowi („If you stop doing the wrong thing, then the right thing does itself”). Dowiedziałam się, że nie muszę podkładać dynamitu pod całą tę wadliwą konstrukcję, którą wznosiłam pieczołowicie przez lata, aby cokolwiek poprawić i poczuć się lepiej. Nie muszę potępiać w czambuł swoich dotychczasowych wyborów. Co więcej, zauważenie i zaakceptowanie bieżącej, choć trudnej sytuacji okazało się konieczne dla podjęcia dalszej pracy. Właśnie tego – akceptującej, życzliwej i wolnej od wartościowania obserwacji samego siebie, swojego ciała, a głębiej – także swoich emocji i wzorców zachowania uczy TA.

Wiele zawdzięczam też pracy w grupie – za każdym razem w innym składzie – która pozwala zaobserwować nasze własne trudności poprzez otwarcie się na innych i ich doświadczenia.

Wierna Alexandrowiczka

Mądre oddychanie

Technika Alexandra doskonałe współgra z ćwiczeniami wokalnymi, pomaga w pracy z instrumentem, uczy koncentracji tak niezbędnej w zawodach artystycznych.

Warsztaty z Techniki Alexandra to dla mnie przyglądanie się sobie, obserwowanie  reakcji poszczególnych części ciała na wyobrażone bodźce. To czynna relaksacja. To mądre oddychanie, czyli takie, które nie wynika jedynie z naturalnej potrzeby naszego ciała do zaczerpnięcia powietrza do życia.

więcej / mniej

Jeśli przyjąć, że nasze ciało ulegając różnym stanom emocjonalnym uaktywnia  w zależności od rodzaju i natężenia emocji różne partie mięśniowe, chłonie ono jak gąbka wszelkiego rodzaju napięcia, pamięta stany rozluźnienia. Z czasem można niemal postawić znak równości pomiędzy zdenerwowaniem a strachem, odprężeniem a uczuciem ulgi. Reakcje naszego ciała w tych stanach są podobne.

Ola wokalistka

Lekkość bycia

Technika Alexandra nauczyła mnie korzystania z mego ciała w zupełnie nowy, nieznany mi dotąd sposób. Pozwoliła mi poczuć prawdziwą lekkość i swobodę w byciu, a także wielką radość łatwość w działaniu. Jako skrzypaczka spędzam wiele godzin grając na instrumencie. Jeszcze kilka lat temu, przy dużej ilości towarzyszących mi napięć gra stawała się męcząca, trudna i pełna wysiłku, a codzienne ćwiczenie nie przynosiło mi już oczekiwanej radości i satysfakcji.

Dziś jednak, dzięki pracy z metoda Alexandra jestem pełna energii, inspiracji i zadowolenia z siebie. Moja praca stała się bardziej efektywna i twórcza, przynosząc mi wiarę i zaufanie do tego, co robię.

Magda ( skrzypaczka)

 

Świadomość ciała

W mojej pracy spotykałem się i ciągle spotykam z wieloma “szkołami” i “technikami”. Z pełną odpowiedzialnością muszę jednak przyznać, że żadna z nich nie zagościła w moich dokonaniach tak mocno jak Technika Alexandra.

Nie na zasadzie jakiejś “wyłączności”, czyli “Technika Aleksandra i nic poza nią”… ale na zasadzie swoistego rodzaju powrotów do niej w najmniej oczekiwanych i spodziewanych sytuacjach, zarówno życiowych jak i zawodowych. Dziwne, bo “spotykałem” się z nią dosyć krótko – miałem przyjemność odbyć jedynie kilka lekcji z Panią Dorotą Kędzior w czasie moich studiów na Akademii Teatralnej.

Los chciał, że sam teraz prowadzę zajęcia z edukacji teatralnej z młodymi ludźmi, polegające między innymi nad pracą nad głosem i ciałem. Tak, jak w mojej pracy scenicznej odnoszę się i korzystam z tego, czego nauczyłem się od Pani Doroty, tak też próbuję uczulić młodzież w kierunku świadomości swojego ciała, panowania nad nim, myślenia o nim i “przez nie”.

Radosław Elis

aktor Teatru Nowego w Poznaniu

 

Problem z ręką

Zgłosiłam się na lekcje techniki Alexandra, jako muzyk instrumentalista, mając problem z ręką.

Kiedy zaczęłam poznawać tajniki tego zagadnienia, okazało się, że problem był nieco szerszy, dotykał coraz bardziej osobowości, doświadczeń z przeszłości oraz podejścia do pewnych spraw w moim życiu.

Myślałam najpierw, że będą to typowe ćwiczenia fizyczne, które, jak rehabilitacja, nakierują moje ciało na odpowiednią sylwetkę. Owszem tak się po części stało, ale to moje myśli zaczęły kierować ciałem, a to co je blokowało, zaczęłam eliminować. Dlatego tak słuszne jest stwierdzenie, że Technika Alexandra jest metodą reedukacji psychofizycznej.

Jestem również nauczycielem gry na flecie poprzecznym w szkole muzycznej i po wprowadzeniu Techniki Alexandra u moich uczniów, widzę u nich zaskakujące zmiany. Głównie chodzi o podejście do instrumentu, a co za tym idzie dużo swobodniejsza postawa przy grze, a przez to bardziej brzmiący dźwięk i swoboda techniczna.

Nie chcę zapeszać mówiąc, że mój problem całkowicie minął, ale stopniowo mam nad nim coraz większą kontrolę.

Monika – flecistka

 

Nie bać się bać

W pewnym momencie moje życie stało się jednym wielkim więzieniem. Za dużo było w nim zakazów, spięć, nie wyrażonych emocji i sztuczności. Najbardziej w tym okresie doskwierało mi jednak poczucie beznadziejności, ociężałości i psychicznej ospałości. Wszystkie te negatywne stany i emocje były czymś co chciałem wyrzucić ze swojego życia, pozbyć się ich i nareszcie być szczęśliwym.

Kiedy zacząłem interesować się samorozwojem znalazłem sposób na zrealizowanie swojego celu. Wystarczyło tylko afirmować, myśleć pozytywnie i walczyć ze złymi emocjami. Tak przynajmniej wtedy rozumiałem to, co czytałem. Nadzieja na pozbycie się złych emocji poprzez te zabiegi nie trwała jednak długo. Ciągle dopadała mnie depresja, wpadałem w stan ociężałości, otępienia. Tych stanów też najbardziej się bałem, one bowiem szeptały mi, że nadal tkwię w tym samym miejscu, że nic nie zrobiłem i to one poddawały mi myśl, że w takim stanie będę żył do końca życia. Nic się nie zmieni, nigdy nie osiągnę pełni szczęścia.

Kiedy zacząłem pracę z T.A. i poznałem stan wewnętrznej swobody, lepiej mogłem skontaktować się ze sobą, swoimi emocjami. Wraz z kolejnymi tygodniami i kolejnymi lekcjami u Magdaleny nie tylko zacząłem przyglądać się własnym myślom i wzorcom zachowań, ale i coraz większą uwagę zwracałem na swoje emocje. Po paru miesiącach pracy nadal jednak odwiedzała mnie depresja, demony (złe emocje) nadal nawiedzały mnie i wprawiały w stan ociężałości. Nadal również próbowałem z nimi walczyć. Nie akceptowałem w sobie depresji, lęku, gniewu, wewnętrznego rozdrażnienia. Bardzo się bałem tych uczuć, a raczej bałem się ich doświadczać, dlatego nie dopuszczałem ich do siebie.

Z czasem jednak T.A. pokazywała mi, że najlepszym rozwiązaniem, ogólnie w życiu, jest zaprzestanie wewnętrznej walki, odpuszczenie niepotrzebnych napięć, akceptacja, tego co jest. Pamiętam jak fascynujące były dla mnie pierwsze doświadczenia kiedy to zacząłem (przynajmniej w małym stopniu) dopuszczać do świadomości, akceptować moje emocje.

Magdalena powtarzała mi, że podczas pracy z T.A. często “wychodzi” z nas to co przez wiele lat ”zamrożone” było w naszym ciele. Pojawiające się stare uczucia dają o sobie znać a jedyną właściwą metodą jest nie negować ich. Po prostu pobyć z nimi, by w końcu pozwolić im odejść. W praktyce nie było to dla mnie jednak łatwe. Uczyłem się akceptować “rozmrażające się” emocje, ciągle jednak bardzo bałem się nawrotów dawnych stanów depresji, lęku.

Proces ten trwał dość długo, jednak w miarę nabierania “luzu”, dystansu i siły (co w dużej mierze zawdzięczam T..A.) coraz lepiej mogłem poradzić sobie z “nękającymi” mnie emocjami , czy myślami. T.A. dała mi możliwość nabrania dystansu do nich, nauczyła mnie obserwować je, akceptować, ale nie utożsamiać się z nimi. Podczas tej pracy przypominałem sobie zdanie z książki Magdaleny, które ona słyszała od swojego nauczyciela T.A. Brzmiało ono: “Don’t let your problems pull you down” (nie pozwól, żeby problemy cię przygniatały). Dla mnie zdanie to okazało się cennym w odniesieniu do mojej pracy z emocjami – obserwować, akceptować, być z nimi , ale nie utożsamiać się z nimi, nie pozwalać, aby nami rządziły.

Praca nad emocjami nadal jest dla mnie bardzo istotna. Mimo wielu już lekcji i wielu godzin praktyki własnej nadal uczę się jak postępować ze swoimi uczuciami. Ostatnio jednak odkryłem coś co pozwoliło mi tą naukę nieco przyśpieszyć. Otóż podczas leżenia na podłodze przyszła do mnie myśl, że najbardziej w pracy z emocjami (i ze sobą) boję się bać. Rozszerzając nieco tą myśl, boję się być smutny, boję się depresji, poczucia bezsensowności. Uświadomiłem sobie również, że nie dopuszczając tych uczuć do siebie dodaję im mocy, nie zaakceptowane pozostają we mnie i są silniejsze. Spróbowałem więc postępować nieco inaczej, nie obawiać się tych emocji (stanów), a jedynie spróbować pobyć z nimi zaakceptować je kiedy przychodzą. Kiedy spróbowałem w ten sposób właśnie postępować okazało się, że złe emocje nie panują nade mną przez cały czas (tak jak wcześniej mi się wydawało). Czasami przychodzą i to wtedy należy próbować je zaakceptować. Rezultaty okazały się zaskakujące – poddanie się, obserwowanie dawało mi lepszy wgląd. Może nie od razu, ale po jakimś czasie bycia z daną emocją pojawiały się pewne myśli, wracały do mnie pewne wspomnienia. Wówczas wszystko zdawało się być jaśniejsze, pokazywało do czego mi dana emocja służy.

T.A. uczy mnie każdego dnia, że najlepszą drogą jest zrezygnowanie z chęci natychmiastowej naprawy sytuacji na korzyść obiektywnej obserwacji i spokoju. “Trwanie i odpuszczanie” z zachowaniem własnej siły i sprężystości sprawia, że gdzieś w środku mnie rodzi się to prawdziwe poczucie szczęścia i spokoju.

Tomek (student)

 

Mój wewnętrzny termometr

Podczas jednej z lekcji Techniki Alexandra Magdalena zadała mi pytanie: “Co dokładnie daje Ci Technika Alexandra?”. Stwierdziłem wtedy, że wiele. Po czym próbowałem podać konkretniejszy opis zmian jakie zaszły we mnie od czasu rozpoczęcia regularnych lekcji. Mimo usilnych starań, żadna odpowiedź nie wydawała mi się kompletna. Podawałem przykłady, ale nie mogłem wyrazić tego, co zaszło we mnie wewnątrz, tak głęboko, że nie sposób było to opisać.

Doszedłem wówczas do wniosku, ze świadomość siebie, jaką zdobywam podczas lekcji i własnej praktyki jest czymś bardzo osobistym. Jest tylko moim doświadczeniem, bardzo intymnym, nie do opisania dla innych. To moja przestrzeń, gdzie w pełni mogę być sobą, gdzie szczerość wobec siebie jest rzeczą naturalną, to przestrzeń, w której mogę posłuchać siebie, wyjść z kołowrotku myśli i uczuć. Ta przestrzeń dała mi do ręki narzędzie, które od niedawna nazywam “wewnętrznym termometrem”.

“Wewnętrzny termometr” to coś co odrodziło się we mnie w wyniku pracy z T.A. Dzięki doświadczeniu luzu, radości, lekkości podczas zajęć i przy leżeniu na podłodze coraz bardziej dążyłem do uzyskania takiego stanu (postawy) w codziennym życiu. Z czasem stan taki był dla mnie coraz bardziej naturalny, co sprawiało, że odchylenia od “normy” (zbytnie spięcia) odbierane były przez mój organizm jako nieprawidłowe. Mój “wewnętrzny termometr” dawał znać, że coś jest nie w porządku, a powodów mogło być wiele: robienie czegoś wbrew własnemu przekonaniu, okłamywanie się co do własnych odczuć, czy udawanie kogoś kim nie jestem.

Podczas kolejnych tygodni i miesięcy mój “wewnętrzny termometr” był coraz wyraźniejszy, coraz bardziej odczuwalny. Jego prawdziwą wagę odkryłem jednak wtedy, kiedy zupełnie przestałem go słuchać.

Stało się to dosyć niespodziewanie. Na czwartym roku studiów zaangażowałem się w niezbyt satysfakcjonujący związek, przy okazji poznałem też wielu nowych ludzi. Była to dla mnie zupełnie nowa sytuacja, niepewny badałem nowy grunt i coraz bardziej próbowałem się dostosować. Przestałem pracować z T.A., zrezygnowałem ze swojej przestrzeni i coraz słabiej odczuwałem mój “wewnętrzny termometr”.

Sytuacja ta trwała prawie rok, a ja byłem coraz bardziej niezadowolony ze swojego życia. Teraz kiedy o tym myślę wydaje mi się, że to właśnie moje wcześniejsze doświadczenia z T.A. dały mi możliwość poczucia jak bardzo “było wtedy nie w porządku”. Moje ciało (dusza) przyzwyczajone do wcześniejszego luzu, swobody i harmonii nie mogło zaakceptować takiego stanu. Za bardzo oddaliłem się od siebie, swojego ja, jedyną szansą na powrót do dobrego samopoczucia był powrót do swojej przestrzeni, do słuchania mojego “wewnętrznego termometru”.

Z czasem zdobyłem się na szczerość wobec siebie i uświadomiłem sobie, że zaszedłem za daleko w moich próbach dostosowania się do nowych warunków. Wróciłem do częstego leżenia na podłodze i od nowa odkryłem w sobie przestrzeń.

Teraz to doświadczenie jest już prawie zamknięte. Dzięki niemu wzbogacony jestem o ważną lekcję. W życiu mam poznawać, uczyć się i rozwijać. To oznacza działanie, poznawanie nowych ludzi, wchodzenie w nowe związki. W tym całym procesie nie mogę zapomnieć jednak o sobie, jeśli będę wierny sobie (słuchać swojego “wewnętrznego termometru”) wierzę, że zawsze będę szedł we właściwą stronę, dokonywał właściwych wyborów i co najważniejsze będę sobą, a to zawsze przynosi mi spokój i szczęście.

Marcin ( student SGH)

Podczas jednej z lekcji Techniki Alexandra Magdalena zadała mi pytanie: “Co dokładnie daje Ci Technika Alexandra?”. Stwierdziłem wtedy, że wiele. Po czym próbowałem podać konkretniejszy opis zmian jakie zaszły we mnie od czasu rozpoczęcia regularnych lekcji. Mimo usilnych starań, żadna odpowiedź nie wydawała mi się kompletna. Podawałem przykłady, ale nie mogłem wyrazić tego, co zaszło we mnie wewnątrz, tak głęboko, że nie sposób było to opisać.

Doszedłem wówczas do wniosku, ze świadomość siebie, jaką zdobywam podczas lekcji i własnej praktyki jest czymś bardzo osobistym. Jest tylko moim doświadczeniem, bardzo intymnym, nie do opisania dla innych. To moja przestrzeń, gdzie w pełni mogę być sobą, gdzie szczerość wobec siebie jest rzeczą naturalną, to przestrzeń, w której mogę posłuchać siebie, wyjść z kołowrotku myśli i uczuć. Ta przestrzeń dała mi do ręki narzędzie, które od niedawna nazywam “wewnętrznym termometrem”.

“Wewnętrzny termometr” to coś co odrodziło się we mnie w wyniku pracy z T.A. Dzięki doświadczeniu luzu, radości, lekkości podczas zajęć i przy leżeniu na podłodze coraz bardziej dążyłem do uzyskania takiego stanu (postawy) w codziennym życiu. Z czasem stan taki był dla mnie coraz bardziej naturalny, co sprawiało, że odchylenia od “normy” (zbytnie spięcia) odbierane były przez mój organizm jako nieprawidłowe. Mój “wewnętrzny termometr” dawał znać, że coś jest nie w porządku, a powodów mogło być wiele: robienie czegoś wbrew własnemu przekonaniu, okłamywanie się co do własnych odczuć, czy udawanie kogoś kim nie jestem.

W rezultacie czuję się wzbogacony o ważną informację. W życiu chcę poznawać, uczyć się i rozwijać. To oznacza działanie, poznawanie nowych ludzi, wchodzenie w nowe związki. W tym całym procesie nie mogę zapomnieć jednak o sobie, jeśli będę słuchać swojego “wewnętrznego termometru”, wierzę, że będę wierny sobie, będę dokonywał właściwych wyborów i co najważniejsze będę sobą, a to zawsze przynosi mi spokój i szczęście.

Marcin ( student SGH)