TECHNIKA ALEXANDRA W NAUCE GRY NA FORTEPIANIE

TECHNIKA ALEXANDRA
W NAUCE GRY NA FORTEPIANIE

NA PODSTAWIE : An Introduction and Demonstration on the Alexander Technique by Peter O’Reilly Music Teachers’ Assotiation, Cork Branch, Cork School of Music, 8 Dec 1991

W artykule tym pragnę powiedzieć nie o muzyce, i nie o tym, jak ona powstaje, lecz o neurofizjologii ruchu podczas wykonywania utworu. Chodzi więc o warunki fizjologiczne organizmu człowieka niezbędne do wytworzenia dźwięku instrumentu (np. przy uderzaniu w klawisze czy pociąganiu smyczkiem) czy też do wydawania głosu.

Będzie tu również mowa o postawie, czyli fizjologii utrzymywania równowagi ciała w warunkach działania siły grawitacji. Jest to ważny dla muzyków problem, ponieważ bez względu na to, na jakim instrumencie gramy (przy czym instrumentem mogą być również nasze organy głosu), dzieje się to w warunkach grawitacji i abyśmy mogli grać, ciało musi przeciwstawiać się sile ciężkości. Oznacza to, że każdy ruch – ręki na klawiaturze czy ruch krtani, wymaga odpowiedniego przystosowania mechanizmów równowagi, a skuteczność każdego zamierzonego ruchu jest nierozłącznie związana z efektywnością działania tych mechanizmów. Nawet więcej, można powiedzieć, że błędy i nieefektywność w wykonaniu zamierzonych ruchów, jest przynajmniej częściowo wynikiem nieefektywności działania mechanizmów postawy.

Używam tu określenia “ruchy zamierzone” aby odróżnić je od odruchów, tj. działań odruchowych związanych z utrzymywaniem równowagi. Odruch ma charakter wrodzony i nie jest działaniem zamierzonym. Wiele naszych ruchów ma charakter niezamierzony tzn. odbywa się bez udziału świadomości, ale odruch jest jednocześnie działaniem powtarzalnym. To znaczy, zawsze kiedy następuje A, prowadzi to do wystąpienia B, przy czym dzieje się tak bez naszego udziału czy pomocy, (oczywiście jeżeli nasz system nerwowy funkcjonuje prawidłowo).

Powyższe rozróżnienie jest niezbędne, by zauważyć, że mechanizm utrzymywania równowagi, jako wrodzony odruch, jest z natury prawidłowy i sprawny, oczywiście jeżeli pozwolimy mu działać, nie ingerując w jego naturalne możliwości. Zapewnia on nam wtedy niezbędne wsparcie i możliwość prawidłowego wykonywania zamierzonych czynności. Spójrzmy na dzieci w wieku przedszkolnym, na ich swobodę i grację ruchu. Patrząc na nie łatwo jest uświadomić sobie jak wspaniałe wzorce ruchowe odziedziczyliśmy po naszych przodkach. Późniejsze braki i problemy nie są więc wynikiem nieodpowiednich wzorców, lecz naszej ingerencji w ich prawidłowe działanie. Nie robimy tego celowo, zmiany następują nieświadomie na skutek charakterystycznego dla naszej cywilizacji ciągłego oddzielania umysłu od ciała, oraz nieumiejętności nadążania za zmianami, które niesie tworzona przez nas rzeczywistość.

Znamienny jest też fakt, że wciąż uczymy się jak coś zrobić, a nie jak myśleć. A przecież prawdziwe myślenie możliwe jest dopiero wtedy, kiedy zawieszona zostaje aktywność. Bez tej delikatnej przerwy (na zastanowienie), większość czynności jest po prostu nawykiem. Oczywiście nawyk nie jest niczym złym – jeżeli tylko prowadzi do zamierzonego celu. Nawykiem jest na przykład nasze zachowanie przed wejściem na ruchliwą jezdnię. W dzieciństwie nauczeni zostaliśmy, że należy się wtedy zatrzymać, spojrzeć w lewo, następnie w prawo, jeszcze raz w lewo i upewniwszy się w ten sposób, że jezdnia jest wolna, przejść na jej drugą stronę. Ale muszę przyznać, że to, że jeszcze żyję zawdzięczam nie swoim nawykom, lecz serii trwających ułamki sekund przerw na zastanowienie poprzedzających moje zejście z krawężnika na jezdnię. Mam na myśli okres kiedy z rodzinnego kraju o ruchu prawostronnym przyjechałem do Irlandii, gdzie ruch na ulicy jest lewostronny.

Nawyk przechodzenia przez jezdnię w bezpieczny sposób został wpojony we mnie wiele lat temu i to przez “ekspertów”, a przecież duża część repertuaru moich obecnych nawykowych zachowań powstała bez pomocy specjalistów nie spełniając przy tym żadnych pozytywnych funkcji. Stwierdzam nawet, że znaczna część tego repertuaru działa wręcz negatywnie.

Weźmy konkretny hipotetyczny przykład. Załóżmy, że uczę grać na fortepianie. W tym samym czasie zaczynam pracę z dwoma chłopcami w tym samym wieku. Żaden z nich nie zetknął się z instrumentem wcześniej, żaden nie jest specjalnie uzdolniony. Osiem tygodni później okazuje się, że jeden chłopiec zrobił znacznie większe postępy, niż drugi. Słabszy chłopiec przychodzi na lekcje chętnie, regularnie ćwiczy. Czemu możnaby więc przypisać gorsze postępy ? Brakowi zdolności ? Mniejszej inteligencji ? Może.

Spróbujmy jednak trochę inaczej spojrzeć na sytuację mego słabszego ucznia. Zamiast porównywać i określać, czego nie zdołał się nauczyć w ciągu ośmiu tygodni, zobaczmy czego się nauczył. Nauczył się kątem wargi wysuwać język podczas grania, nauczył się wstrzymywać oddech kiedy dochodzi do trudnego fragmentu. Kiedy nie patrzy na klawisze wysuwa brodę do przodu i końcem nosa wodzi po nutach. Nauczył się też unosić barki i usztywniać ramiona, a jeżeli zwracam mu na któryś z tych elementów uwagę, nerwowo ściska nogi. Z pewnością chłopiec nie zamierzał wprowadzać tych niekorzystnych reakcji do swojego sposobu gry. Nie zdawał sobie nawet sprawy z ich występowania, dopóki nie zwróciłem mu na nie uwagi. A więc w jaki sposób doszło do powstania tylu niekorzystnych reakcji i jak się ich teraz pozbyć ?

Fakt, że chłopiec nie zdawał sobie sprawy z nieprawidłowych nawyków jakie nałożył na siebie w toku nauki gry, jest typowym efektem rozdzielenia umysłu i ciała, procesu zapoczątkowanego przez naszych przodków jeszcze w czasach przed Sokratesem, a tak chętnie przyjmowanego przez filozofię zachodniej cywilizacji. Rozdzielenie to prowadzi do ciągłego pogarszania “sposobu posługiwania się własnym organizmem” w usilnym dążeniu do podporządkowania jego psychofizycznych możliwości wciąż rozwijającym się potrzebom intelektu. Tego właśnie symptomem są problemy naszego chłopca.

Ciekawym jest jednak fakt, że bezpośrednią przyczyną jego braku postępów jest zaburzenie prawidłowego posługiwania się już na poziomie szyi. Ustawienie głowy w stosunku do szyi, a dalej głowy i szyi w stosunku do reszty ciała określane jest przez Technikę Alexandra jako “pierwotna kontrola” (ang. primary control). Wiele lat zanim możliwe było naukowe zweryfikowanie istoty tej relacji, F.M. Alexander odkrył (na podstawie obserwacji samego siebie), że “pierwotna kontrola” jest warunkiem prawidłowego posługiwania się własnym organizmem, a raczej jak to określał, “posługiwania się sobą”.

Chodziło mu nie o posługiwanie się konkretnym organem: ręką, nogą, sercem itp. czy też posługiwanie się własnym umysłem, lecz o posługiwanie się psychofizyczną jednością, jaką jest organizm ludzki. Miał więc na myśli, nie osobno funkcjonujące umysł i ciało, ale organizm jako nierozłączną całość psychofizyczną. Zwracał też uwagę, w jak dużym stopniu zaburzenie tej prawidłowej kontroli uniemożliwia pełne korzystanie z wrodzonych możliwości psychofizycznych organizmu. Spróbujmy pójść za tokiem rozumowania F.M. Alexandra. Na skutek nadmiernego napięcia mięśni szyi, głowa umieszczona na kręgosłupie szyjnym traci równowagę. Jeżeliby mięśnie szyi nie pracowały w ogóle, ciężar czaszki i żuchwy powodowałby opadanie głowy do przodu. Z drugiej strony zbyt duża ich aktywność zaburza całą równowagę ciała, poczynając od nierównomiernego obciążenia kręgosłupa, poprzez zaburzenia pracy układu oddechowego, pokarmowego itd…

W dalszym ciągu nawiązując do dzisiejszego przykładu, zauważmy, że sytuacja ta również znacznie utrudnia pracę centralnego układu nerwowego. Zarówno informacje przekazywane z mózgu, jak i te docierające z ośrodków nerwowych np. w opuszkach palców, muszą przedzierać się przez ciało nadmierie spięte i usztywnione dodatkowymi napięciami mięśni pracujących w celu ciągłego przywracania równowagi. Przywróćmy pierwotną kontrolę, wyeliminujmy nadmierne napięcia wynikające ze stałego doprowadzania się do stanu równowagi, a informacje przepływają sprawnie. Kora mózgowa wraz z nieocenioną pomocą móżdżku może zrobić z każdego przeciętnie rozwiniętego dziecka, małego “muzycznego atletę”.

Frank Wilson w swej wspaniałej książce o neurofizjologii gry na instrumencie pt. “Tone Deaf and All Thumbs” podaje przykład takiego “muzycznego atlety”:

“Tokata C dur Schumanna, op. 7 ma 6266 nut i grana przez Simona Barere bez żadnych powtórzeń, zabiera 4 minuty i 20 sekund, co oznacza szybkość 24,1 nuty na sekundę … Aby którykolwiek z palców mógł się poruszyć (mamy tu na myśli ruchy rozciągające i kurczące w którymś z trzech stawów palcowych lub też we wszystkich tych stawach jednocześnie, przy czym możliwe jest również występowanie ruchów palców na boki), przynajmniej dwa palce po jego obu stronach muszą zostać odsunięte, co powoduje dodatkowe aktywności ruchowe. Nie licząc więc ruchów nadgarstka, przedramienia, barku i tułowia, czy ruchów niezbędnych do użycia pedałów, szybkość 20-30 nut na sekundę może angażować od 400 do 600 oddzielnych aktywności ruchowych ( na sekundę), a wszystko to osiągane jest przez wytrawnego muzyka z takim automatyzmem, że może on poświęcić swoją uwagę na efekty ogólne, nie koncentrując się nadmiernie na szczegółach mechanicznych.”

Przywrócenie pierwotnej kontroli, powrót do naturalnego funkcjonowania organizmu, nie zaburzonego nabywanymi z czasem nieprawidłowymi nawykami, to zadanie Techniki Alexandra. Czy można dojść do tego samemu? Być może, przecież F.M. Alexander, twórca tej metody nie miał nauczyciela. Ale należy pamiętać, że zabrało mu to wiele czasu. Co więcej, zdolność ludzkiego organizmu do szybkiego przystosowywania się do bardzo nawet trudnych warunków, jest sama w sobie dużym utrudnieniem w przywracaniu tego, co naturalne i wrodzone. Jeżeli przez wiele lat, codziennie zaburzaliśmy naturalny stan równowagi własnego organizmu, wrodzony mechanizm utrzymywania balansu musiał się do tego przystosować i teraz odbiera ten stan jako “normalny” i prawidłowy. A więc ten rzeczywiście prawidłowy i naturalny stan organizmu będzie się wydawał bardzo dziwny i nieprawidłowy. Dzieje się tak ponieważ kiedy usiłujemy “przywrócić się do normy” jesteśmy w stanie to zrobić tylko poprzez odnoszenie swoich obecnych wrażeń w stosunku do tego, co odczuwamy jako prawidłowe. Nie zdajemy sobie sprawy z faktu, że to co wydaje nam się prawidłowe, często takie nie jest.

Na dodatek, to co prawidłowe nie może zostać zrobione, a w każdym razie nie możemy tego “zrobić”, w pojmowanym przez nas znaczeniu tego słowa. To właśnie nadmierne działanie – “robienie” tego, co niepotrzebne, wyprowadziło nas ze stanu naturalnej równowagi w pierwszej kolejności. Mechanizm postawy w powiązaniu z pierwotną kontrolą stanowi zestaw odruchów: wrodzonych, automatycznych i niezamierzonych. Nie jesteśmy więc w stanie bezpośrednio kontrolować tych odruchów, tak jak wij krocionóg nie jest w stanie kontrolować ruchu swoich kończyn. To, co jesteśmy w stanie kontrolować, a w każdym razie to, czego jesteśmy w stanie się nauczyć, to kontrolowanie tego zespołu życiowych reakcji, które ustawiczne wyprowadzają nas z naturalnej równowagi. Przy czym możliwość takiego kontrolowania uzależniona jest od umiejętności, o której wspominałem wcześniej: chwili na zastanowienie. Nie mylmy tej chwili z liczeniem do dziesięciu kiedy ze złości zgrzytamy zębami. Mówimy tu o nie-robieniu na znacznie głębszym poziomie. Niewielka doza neurofizjologii może pomóc w wyjaśnieniu istoty sprawy.

Proponuję ćwiczenie: zwróćmy dłoń wewnętrzną stroną do góry i powoli zacznijmy podnosić ją w stronę ramienia. A teraz pozwólmy jej opaść. Powtórzmy to jeszcze raz. Krótko mówiąc, właśnie wysłaliśmy do bicepsu w ramieniu dwie odmienne informacje. Jedna miała charakter pobudzający, stymulujący membranę nerwową, czy też nerwy kontrolujące mięsień i powodujące ich kurczenie się, co pociągnęło za sobą również skurczenie pewnych mięśni od łokcia w dół. Ale opuszczenie ręki nie polegało na samym tylko zaprzestaniu wysyłania informacji stymulującej mięsień. Do tego celu wysłaliśmy zupełnie inny rodzaj informacji, przeciwstawiający się tej pierwszej. Wysłaliśmy informację powstrzymującą, uniemożliwiającą, wysłanie przez nerw impulsu do włókien mięśniowych. Można to określić jako neurofizjologiczne “nie-robienie”.

Proste? Ale nie do końca. U wielu z nas, stan podniecenia neuromięśniowego (w tym wypadku bicepsu ramienia) zanim jeszcze zaczniemy podnosić rękę, jest znacznie większy, niż wymaga tego konieczność. A puszczenie ramienia rzadko bywa zupełne, to znaczy nie rozluźniamy go na tyle, na ile jest to możliwe. Wiele osób, w zależności od stopnia zaburzenia pierwotnej kontroli “robi” prawdopodobnie znacznie więcej, niż jest to niezbędne (podświadomie utrzymując wiele napięć w przewidywaniu kolejnego działania).

Na pierwszych lekcjach Techniki Alexandra wielu uczniów ze zdziwieniem stwierdza, jak trudno jest pozwolić, aby jakiś ruch, na przykład podniesienie ręki, wykonał za nich nauczyciel. Mimo, że na tym właśnie polega ćwiczenie, często nie umieją w tym “nie pomagać”. Właśnie taka umiejętność – “nie pomagania”, czyli świadomego panowania nad sytuacją, czy też powstrzymywania się od impulsywnego działania, poznawana jest podczas pierwszych lekcji Techniki Alexandra.

Innym elementem lekcji jest wstawanie i siadanie na krzesło. Nie chodzi tu o nauczenie się, aby to robić poprawnie, zresztą celem Techniki Alexandra nie jest poprawne wykonywanie czegokolwiek. Chodzi raczej o to, aby na podstawie zwykłych ruchów, takich jak wstawanie czy siadanie, mieć możliwość zauważenia swoich indywidualnych schematów nawykowego zaburzania pierwotnej kontroli. Ręce nauczyciela odgrywają wtedy rolę przewodnika, do pewnego stopnia prowadzą ucznia przez nowy sposób wykonania danego ruchu, uniemożliwiając, na tyle na ile jest to możliwe, wprowadzanie nieprawidłowych, nawykowych reakcji.

Podczas lekcji ma miejsce jeszcze coś innego, niezauważalnego dla osób przyglądających z boku. Do pewnego stopnia coś ze stanu psychofizycznego nauczyciela, jakby na zasadzie rezonansu, przechodzi do ucznia. Instruktorzy Techniki Alexandra mają z sobą studia obejmujące przynajmniej 1600 godzin intensywnej pracy prowadzonej na przestrzeni trzech lat. Jest to z pewnością znacznie więcej, niż potrzeba na nauczenie się kilku trików – na przykład jak podnieść kogoś z krzesła i posadzić z powrotem w trochę inny, niż normalnie, sposób.

Tymczasem trzy lata studiów ledwo wystarczają na poznanie i opanowanie niezbędnych dla celów tej pracy zagadnień oraz na indywidualne doświadczenie zmian następujących w organizmie dzięki stałej poprawie posługiwania się sobą. Spokój elektrochemiczny, wynikający z równowagi psychofizycznej nauczyciela może być w pewien sposób przekazywany jego rękoma (oraz odpowiednimi kierunkami i informacjami werbalnymi). Tak więc trzy lata intensywnej pracy przyszłego instruktora to nie tyle uczenie się “co robić”, lecz raczej uczenie się przyjmowania pomocy i sugestii innych nauczycieli o tym, czego nie – robić. Nasi nauczyciele z kolei przechodzili tę samą drogę czerpiąc sugestie i wskazówki od swoich instruktorów, a często również i od samego F.M. Alexandra, twórcy omawianej metody, którego wkład w pracę nad własnym rozwojem człowieka jest coraz częściej potwierdzany i doceniany.

Comments are closed.